czytanie jest inteligentną metodą oszczędzania sobie samodzielnego myślenia Walter Moers
RSS
wtorek, 30 grudnia 2008
W poszukiwaniu pomysłu na kolejną notkę, przeglądałam m.in. Guardiana (na marginesie: pozazdrościć TAK rozbudowanych serwisów literackich) i po raz kolejny natrafiłam na ten seryjny fotoreportaż o pokojach pisarzy. Zakładając, że większość z Was jednak nie zagląda na guardiana regularnie (jeśli się mylę, to sorry ;)) publikuję tu dziś parę foteczek. Bez komentarza, nazwiska znane. Ladies first!
 
Jane Austen
 

 
Charlotte Bronte
 

 
i Virginia Woolf (Monk's House, letnia rezydencja państwa Woolf w Rodmell)
 
 
 
Zdjecia pochodzą z tej strony. A Wy?
Pokoje (pracownie) których polskich autorów chcielibyście zobaczyć?
19:33, iceberg33
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 22 grudnia 2008

Koniec roku tuż tuż, czas na próbę podsumowania, nie będzie przeglądu najważniejszych wydarzeń literackich i czytelniczych, bo tego pełno na różnych portalach, wikipediach itd.

Oto skrajnie subiektywny rachunek sumienia iceberg33:

  • książki przeczytane - na dzień dzisiejszy doliczyłam się 41 sztuk; ani mało, ani dużo, mogłabym oczywiście czytać więcej, kupować więcej, chodzić częściej do biblioteki itd; wychodzi trochę więcej niż jedna książka na 10 dni, do końca roku przy dobrych wiatrach może doczytam to, co teraz mam na warsztacie Club Dead i Life of Pi
  • rozczarowania - były rozczarowania literackie, oczywiście że tak. Marinina, Vincent czy wreszcie ostatnia część przygód Harrego, dla mnie przesadzona i niesmaczna
  • olśnienia - na szczęście było ich więcej niż rozczarowań. Z literatury obcej - Połów łososia w Jemenie, Sahib Veličković'a - takich lektur jeszcze nie czytałam, Torday udowodnił mi, że marzenie o pisaniu książek można spełnić nawet po 60tce (a może zwłaszcza po 60tce) a Sahib to książka, dzięki której udało mi się przekonać ignoranta w sobie, że literatura środkowoeuropejska istnieje i ma się dobrze. Było też parę rodzimych wiwatów. Lubiewo Witkowskiego, świeże, odważne; wielki talent, czekam na więcej. Szejnert - chapeau bas za kawał dobrze wykonanej roboty, za kwerendy biblioteczne, za ilość przejrzanych dokumentów i przeprowadzonych wywiadów. Stasiuk, aż wstyd przyznać, ale Jadąc do Babadag to pierwsza książka tegoż, którą przeczytałam. Poeta, wirtuoz słowa, a jednocześnie trzeźwe i zdroworozsądkowe spojrzenie na otaczającąrzeczywistość, niesamowity dar obserwacj. Wreszcie Weiser Dawidek Huelle - arcydzieło, książka przeczytana jednym tchem, z gatunku tych, od których nie można się oderwać.
  • wyzwania czytelnicze - dwa, oba nieukończone, no trudno, ale lektury, które zadeklarowałam, trafiły na listę osobistą, kiedyś tam nadrobię ;)
  • blog - istnieje dalej, a owszem. Ilość czasu poświęcona na blogowanie i odwiedziny innych blogów - niezliczona, ale fakt faktem, nad moją głowę nadciągają chmury obowiązków, będę musiala sobie jakieś godziny wyznaczać ;)
  • cieszę się, że w tym roku poczytałam trochę polskiej literatury, zarówno tej zaliczanej już do kanonu, jak i tej najmłodszej. Zaczęłam czytać książki autorów, na których bez Waszej sugestii nie zwróciłabym uwag, to chyba najfajnieszja rzecz w prowadzeniu bloga. Drugi wielki pozytyw - w moim przypadku rośnie odsetek literatury spożywanej w języku oryginalnym, wielki plus, Mrs Dalloway była istnym horrorkiem, ale udało się!

Mhm, postanowienia na rok 2009? Czytać więcej, więcej, więcej. Czego i Wam, i sobie życzę
 
Wszystkim zaglądającym, podglądającym czy też przypadkowym gościom składam najlepsze świąteczne życzenia!
Nadchodzący Nowy Rok to nie tylko okres radości, ale również zadumy
nad tym co minęło i nad tym, co nas czeka.
Dużo optymizmu i wiary w jutro
!
 

Na koniec piosenka o przekornym tytule, no ale w końcu klasyk. Proszę Państwa, śpiewa Tom Waits:

23:53, iceberg33
Link Komentarze (9) »
sobota, 20 grudnia 2008

Franciszek Gałgan (jakże symboliczne nazwisko), główny bohater i jednocześnie narrator powieści Oksanowicza, postanawia zmienić swoje życie. Rzuca pracę, rozwodzi się, a dla zaspokojenia swoich potrzeb i uciech na swoim prywatnym komputerze do życia powołuje trzy wirtualne byty. Nasturcja, Hortensja i Forsycja, bo tak mają na imię owe kobiece ideały, przedostają się do tak zwanego „reala” i zaczynają żyć swoim życiem. Sprawiają Frankowi mnóstwo kłopotów, a ten czując się za nie odpowiedzialny, wyrusza w szaloną eskapadę, aby przejąć nad nimi kontrolę.

Rozpoczyna się alogiczny pościg, podczas którego Czytelnik oczami Oksanowicza ogląda współczesny świat. Świat bezmyślnej konsumpcji i dominacji pieniądza, świat w którym rządzi prawo pięści i siły, świat cyniczny i okrutny. Rzeczywistość jest tu mocno absurdalna i wykarykaturzona.

Najsłabszym punktem książki jest jej fabuła. Motyw zacierania się świata rzeczywistego i wirtualnego jest oklepany, znany i przemielony. Stereotypowo wyciosanych postaci (Franek to prawdziwy macho, wszystkie kobiety – nawet te wirtualne – to płytkie materialistki) też nie zaliczyłabym do mocnych stron tej powieści.

Jej największym atutem jest styl. Wyróżnia się po pierwsze dowcipem (raz gorszym, raz lepszym), po drugie Oksanowicz zdaje się dość sprawnie żonglować językiem, po trzecie – często stosuje postmodernistyczny chwyt mrugnięcia okiem do czytelnika.

Mimo, że lektura „Zlewu” momentami potrafi wymęczyć, zapamiętałam nazwisko autora i będę śledzić jego dalsze zmagania pisarskie. Potencjał jest, w tym przypadku zmarnował się przez kiepską fabułę.

 

Oksanowicz Paweł, Zlew, Zakrzewo 2008. Książkę dostarczyło wydawnictwo Replika.

23:43, iceberg33
Link Komentarze (1) »
czwartek, 18 grudnia 2008

Główny bohater książki, Arjun Mehta, to młody hinduski informatyk, który marzy o wielkiej karierze. Dlatego kiedy dostaje propozycję pracy w USA, nie waha się ani chwili, porzuca życie w tradycyjnej bombajskiej rodzinie i niezwłocznie wsiada do samolotu. Rzeczywistość okazuje się brutalna. Pracodawca jest złodziejem i naciągaczem, dolary nie leżą na ulicy, o zarobek pozwalający na przeżycie trzeba rozpychać się łokciami, przedmieścia amerykańskich miast są niebezpiczne. Rozczarowany Arjun zaciska zęby, tłumi w sobie negatywne emocje i utrzymuje swoją rodzinę w przeświadczeniu, że oto ziszcza się jego american dream.

 Kiedy w końcu zdobywa pracę w firmie informatycznej, trzyma się jej rękami i zębami. Aby przekonać swojego szefa o tym, jak ważnym jest pracownikiem, wpuszcza do sieci stworzonego przez siebie wirusa. Leela sieje spustoszenie na całym świecie, zamienia życie wielu ludzi w koszmar, a Arjun staje się wrogiem publicznym, poszukiwanym przez FBI.

Ciekawa fabuła, krytyka na współczesne społeczeństwo i obowiązujące w nim wartości. Do tego szczypta egozytki, bowiem Arjun nazwał wirusa na cześć młodej gwiazdy Bollywood. Transmisja na pewno jest ciekawą propozycją; to rzecz przemyślana, dobrze skomponowana i przyzwoicie napisana. Mimo tego, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autor nie wykorzystał potencjału, tkwiącego w tak zarysowanej historii. Wątek spotkania Hindusa z kulturą amerykańską (cokolwiek to znaczy;)) został spłaszczony, strywializowany i potraktowany po macoszemu. Postaci zostały nakreślone grubą krechą, jednoznacznie i jednokolorowo. 

Książkę można przeczytać, w trakcie lektury czerpać z niej satysfakcję i spokojnie mogę polecić ją każdemu. Mój problem z tą pozycją polega na tym, że po autorze, zachwycającego skądinąd, Impresjonisty spodziewałam się czegoś więcej.

 

Kunzru Hari, Transmisja,  tłum. D. Stadnik, Warszawa 2004.

14:44, iceberg33
Link Komentarze (3) »
środa, 17 grudnia 2008

Emerytowana dziennikarka Gazety Wyborczej pewnego dnia zachwyciła się Śląskiem. A konkretniej: dwoma robotniczymi dzielnicami Katowic - Giszowcem i Nikiszowcem. Efektem tej dziwnej fascynacji jest jej książka.

ze strony:

Nie umiem i nie potrafię pisać o tej książce. Nie jestem Ślązaczką, ale obecnie mieszkam jakieś 30 km od serca regionu - Katowic. Tutaj "śląskie" tematy mieli się codziennie, rozstrząsa się sprawy górników i hutników, ciągle trwają kłótnie i spory na temat utworzenia metropolii Silesia. Z okien wielu domów widać charakterystyczne szyby kopalniane albo kominy hut. Codzienne gazety rozpisują się o niejasnej przyszłości regionu, który ciągle nie może się pozbierać po restrukturyzacjach i masowych zwolenieniach, które rzesze ludzi zesłał na bruk. Z drugiej strony to właśnie górnicy dostają ogromne odprawy po odejściu z pracy na kopalni, a ci czynni zawodowo jeżdżą autokarami do Warszawy wrzaskiem i pięścią domagać się o kolejne przywileje i dotacje.

Mało mówi się o historii regionu. Mało kto wie, że Katowice były niegdyś jednym z najbardziej nowoczesnych miast na mapie Europy. Mieszczańską architekturę zubożyła za to komuna, pozbywając się  w ten sposób śladów panowania burżuazji. Postawiono socjalistyczne kloce, zniszczono strukturę miasta. Po dawnej świetności zostało wyrobisko.


Nie umiem i nie potrafię pisać o tej książce. I nie będę. Szejnert pociągnęła za zbyt dużo różnych sznurków, odpowiadających u mnie za różne emocje. Dzięki autorce Czarnego ogrodu, jeszcze raz zakipiała w kociołku ta dziwna mieszanina dumy i wstydu, kompleksów i pewności siebie, niefrasobliwości i odpowiedzialności. Chcąc nie chcąc, już wrosłam w tą rzeczywistość i traktuję ją jak kawałek siebie. Myślę, że ta książka, choć nie pozbawiona wad, wejdzie wkrótce do regionalnego kanonu. I powinna się tam znaleźć, jak najszybciej. Pozycja obowiązkowa. Silesia ma wobec pani Szejnert olbrzymi dług wdzięczności.
 
 
Szejnert Małgorzata, Czarny ogród, Kraków 2007.
20:00, iceberg33
Link Komentarze (5) »
sobota, 13 grudnia 2008

Szczerze powiedziawszy, mogłam byłam być grzeczniejsza w tym roku. Ale rózgi nie zostawiaj pod choinką, zostaw lepiej jedną z tych cudnych książek:

 
 

Od góry:

Sprężyna M. Musierowicz (mimo, że Musierowicz od pewnego czasu jest dla mnie niestrawialna)

Baśnie Barda Beedle'a J. k. Rowling (nie jestem zbyt oryginalna)

Mikołajek duetu Sempe i Goscinny (uwielbiam, mówiłam Wam już, że dziecko nazwę MIKOŁAJ ?:))

Fistaszki zebrane (I tom, mgliste wspomnienia z dzieciństwa, komiks o Snoopym i dzieciaku co chodził z kocykiem, do tej pory pamiętam złote myśli w stylu: "Ręka, która rządzi miską, rządzi całym światem". Jak widać, pozycja mocno niedoceniona).

 

Mikołaju, równie dobrze możesz mi sprawić kolejnego Taschena. Albo serię o Herculesie Poirot (po angielsku). Albo tysiące innych książek, które chciałabym/wypada mieć/przeczytać. I dodatkowy dzień tygodnia poproszę, albo przynajmniej godzinkę-dwie dziennie. Obiecuję przeznaczyć ten czas na czytanie.

16:50, iceberg33
Link Komentarze (2) »
wtorek, 02 grudnia 2008
Tym razem zostałam zaproszona przez peek-a-boo. Przyznaję, że znów jestem w małym czytelniczym impasie i autorka blogu o buksach wymusiła w pewnym sensie wpis. Dziś tylko odpowiedzi na cztery krótkie pytania, następnym razem postaram się napisać coś o Małgorzacie Szejnert, bo widzę, że na wielu blogach pojawiły się już komentarze na temat Czarnego Ogrodu. Postaram się wetknąć i swój kij w mrowisko.
 
;)
 

1. czy to pierwszy blog

2. jak długo go prowadzisz

3. dlaczego zaczęłaś/-łeś

4. co ci blog daje i czym dla ciebie jest

 

  1. oczywiście, że nie :) wcześniej próbowałam smarować też recenzje filmowe, ale prowadzenie  prywatnej księgi filmów szybko mi się znudziło. Po pierwsze: nie miałam stałych czytelników, którzy mobilizowaliby mnie do zamieszczania  regularnych wpisów (podlizuję się ;)). Po drugie - ku własnemu zdziwieniu odkryłam, że więcej czytam niż oglądam! Pi razy drzwi, jeden film na miesiąc to dla mnie norma. Serio serio. Za to mam nieograniczone możliwości, jeśli chodzi o seriale.
  2. troszeczkę więcej niż rok
  3. mam mentalność obrzydliwego filistra, a co za tym idzie tendencje do "księgowania" całej swojej aktywności (z cyklu: wstydliwe wyznania). Odkąd pamiętam, miałam zeszycik, w którym katalogowałam przeczytane przeze mnie książki. Jak w bibliotece. Autor. Tytuł. Kiedy wypożyczona, kiedy przeczytana itp. A potem przypadkowo wpadłam na moje książki. I to było to! Blog pisany z pasją, czasami dość ostrym piórem. Zadziwiająca konsekwencja i regularność wpisów.
  4. trudne pytanie, przede wszystkim daje mi możliwość tzw. "wypisania się". Mam taką potrzebę, Wy też? Mam do niego mieszane uczucia, przyznaję; miewam też okresy tzw. "zawieszenia czytelniczego". Mam wtedy dość książek, a wszystko na co mam ochotę, to uciec na bezludną wyspę. Dzięki mojemu własnemu M8, a dokładniej 8mb, mam okazję do tego, aby wymienić się z Wami postrzeżeniami na temat literatury. No i bez Waszych rekomendacji nawet nie zajrzałabym do wielu książek. Jedyna wada bloga - pożeracz czasu!
A jako, że jest to łańcuszek, to do tablicy zapraszam er_minię i orchisss. Jeśli oczywiście mają ochotę.
18:32, iceberg33
Link Komentarze (4) »
wtorek, 25 listopada 2008
Pamiętacie, jak pisałam o parasolkach z motywem literackim? Niektóre z Was uznały je za szczyt złego smaku. Ale to jeszcze nic. Wyobraźcie sobie, że swoje upodobania i zainteresowanie książkami można zakomunikować światu w inny sposób.

Można założyć specjalny krawat albo spinki do mankietów:


Albo po prostu zaopatrzyć się w odpowiednią torbę:

Zdjęcia pochodzą z tej strony, w sklepie można znaleźć jeszcze dużo więcej takich akcesoriów. Szczerze powiedziawszy nie podobają mi się te gadżety, fotki wklejam raczej jako ciekawostkę. Zadziwiające.

00:00, iceberg33
Link Komentarze (10) »
czwartek, 20 listopada 2008
Dziś w galerii obraz Francuza - Léona Pourteau (1872-1898)
 
Lecture sous la lampe (ok. 1898)
 

 
(głupio to zabrzmi, ale po francusku nawet najbardziej pretensjonalne zbitki słów czy  tytuły brzmią dobrze. W wolnym tłumaczeniu Pourteau namalował więc "Czytanie przy lampie")
21:28, iceberg33
Link Komentarze (2) »
Nie wiem na ile czytanie literatury w języku obcym jest skuteczną strategią podczas nauki tegoż języka. Nie zauważyłam ogromnego przyrostu wiedzy i słownictwa, odkąd zaczęłam czytać książki po angielsku. Nie smaruję zakreślaczem po kartkach i nie zaznaczam trudnych konstrukcji ani kolokacji. Nie sprawdzam słów, których nie rozumiem, w słowniku. Po prostu czytam, na pewno trochę wolniej niż w języku ojczystym, bez specjalnej troski o zrozumienie każdego zadrukowanego fragmentu. 
 
Nie wydaje mi się, żeby przez literaturę wiodła droga do nauki języka obcego. Chociaż Kapuściński w jednej ze swoich książek (bodajże Imperium) wyznawał, że jego pierwsze spotkanie z językiem angielskim odbyło się właśnie za pośrednictwem powieści wydanej w ojczyźnie Szekpira. Czytanie w języku obcym to z pewnością strategia dobra i rozwijająca, ale niewystarczająca.
 
Fakt, że rozumiem 90% czytanego tekstu (nie mówię tu ani o literaturze tzw. fachowej, ani o książkach, które są formalnym eksperymentem pisarza - np strumień świadomości) sprawia mi niemałą frajdę. A jednocześnie czuję niedosyt, bo chcę więcej (Marquez po hiszpańsku? Dostojewski po rosyjsku?) i na pewno jako niepoprawna frankofilka marzę o tym, żeby przeczytać de Beauvoir czy Deforges po francusku właśnie. Do tego daleka droga, ale vouloir c'est pouvoir!
 
No i najważniejsza sprawa.
 
Drodzy Czytelnicy,
gdzie, poza allegro, zaopatrujecie się w książki francuskojęzyczne? 
21:28, iceberg33
Link Komentarze (6) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Czytanie To Wyzwanie
Teraz Czytam
10 Praw Czytelnika wg Daniela Pennaca
Blogi Książkowe
Blogi Nie Tylko o Książkach
Please Mister Postman There
Popieram!
Poszukiwany, Poszukiwana
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Strony różne o Książkach
Wydawnictwa
statystyka
  Sponsorzy bloga
  Reklama na blogach
  Blogvertising.pl